poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Rozdział 10

Gdy już dojechaliśmy na miejsce, pobiegliśmy do budynku. Nikt nas nie zauważył i miałam nadzieję, że tak zostanie. Szłam za Justinem, a z naszych wszystkich stron jego ochraniarze. Weszliśmy do sali. Była ogromna, można by tam znaleźć wszystko, począwszy od globusów, aż po szczoteczki do zębów. Do Justina, który stał kilka metrów ode mnie podszedł mężczyzna i razem poszli do zielonej ,ściany. W połowie drogi Justin się na mnie spojrzał i się uśmiechnął. Jego uśmiech tak działał nam nie, że mimowolnie też się uśmiechałam i od razu robiło mi się ciepło.
 Byłam sama i nie wiedziałam co zrobić, ale nie żałowałam, że tu przyjechałam. Spędziłam kilka godzin więcej z moim chłopakiem.
Podeszłam do ściany, gdzie były powywieszane zdjęcia.
Na pierwszym była powieszona szatynka. Uśmiechała się. Ale był to sztuczny uśmiech, widziałam to po jej oczach. Mama kiedyś mi powiedziała, że prawdziwy uśmiech rozpoznaje się po tym, czy oczy też się śmieją.
Wyjęłam z kieszonki w sukience telefon. Postanowiłam założyć konto na Twitterze.
Wpisałam w wyszukiwarce „Twitter” i od razu mi wyskoczyła strona główna. Wybrałam opcję „załóż nowe konto”. Trzeba było wpisać e-mail.
Otworzyłam nową kartę (przez przypadek odkryłam jak) i teraz wpisałam „e-mail”.
Po trzydziestu minutach męki otworzyłam Twittera.
„Wybierz nazwę użytkownika”
Zastanowiłam się. Miałam dwa imiona.[T.i] [T.n] było moim prawdziwym. Ale miałam jeszcze inne, które sama sobie wymyśliłam. Lecz go nie używałam, bo nie miałam do nich dokumentów. Jeszcze.
Maya Sanders.
Wpadłam na pomysł. Przecież nawet jeśliby mnie ktoś spytał o dokumenty, mogłabym mu pokazać te fałszywe, na których pisałoby, że jestem pełnoletnia. Wtedy mogłabym robić co chcę, a nie posłaliby mnie do domu dziecka. Wspomnę o tym Justinowi. Najlepiej jeszcze dzisiaj.
Do Twittera wybrałam Mayę. Datę urodzenia wpisałam moją, ale rok zmieniłam. Miałam teraz osiemnaście lat.
Wyszukałam Justina. Poczytałam jego posty. Nie wiedziałam o co chodzi w tym całym Twitterze, ale spojrzałam na obserwujących. Było ich kilka milionów. Trochę się zszokowałam, nie wiedziałam że jest aż tak sławny.
Na biurku, które stało z jeden metr ode mnie leżała książka. Bez namysłu zaczęłam ją czytać. Wciągnęłam się.

Nawet nie zauważyłam jak podszedł do mnie Justin.
-Już jesteś. –zdziwiłam się
- Jesteśmy tu już od kilku godzin. Lepiej idź za mną.
Szkoda, że musiałam iść za nim, miałam nadzieję że go będę mogła dotknąć.
Znów szliśmy z ochroniarzami. Wyszliśmy. Stała tam masa ludzi. Wystraszyłam się. Zdążyli mi zrobić kilka zdjęć. Serce mi biło bardzo szybko. Dosłownie wskoczyłam do limuzyny, Justin już tam był.
- Justin, muszę z tobą porozmawiać. Na poważnie. –Powiedziałam szybko
- O co chodzi? – spytał się zaniepokojony
- Muszę mieć załatwioną sekretną tożsamość. Muszę mieć fałszywe dokumenty. Zrobili mi zdjęcia! Co jak mnie poślą do domu dziecka?
Po chwili namysłu mi odpowiedział.
- Rozumiem o co ci chodzi, słodka, wiem o tym. Pojedziemy później, dobrze?
Przytaknęłam, na znak że się zgadzam.
- Jedziemy teraz do domu? –zapytałam się
- Tak, a gdzie byś chciała pojechać?
- Nie wiem. Myślałam nad jeziorem. Co ty na to? –uśmiechnęłam się wyzywająco
- Kiedyś na pewno. – Zaśmiał się – Mogę zrobić nam zdjęcie i wstawić na internet? Wiesz, jak zobaczą nie od razu cię zapytają o dokumenty.
- Ale co im powiesz? Znaczy się o mnie? Że kim dla ciebie jestem?
- Moją dziewczyną, jeśli tobie to odpowiada. – Zrobiło mi się bardzo miło.
- Jasne, ale wolałabym innym razem.
- Okej. Aha, [T.i] dzisiaj się wybieram na imprezę, czy zechciałabyś mi towarzyszyć? –wyszczerzył zęby
W odpowiedzi go pocałowałam.
- Lubię jak mi tak odpowiadasz. – Pięknie się uśmiechnął.
Przygryzłam wargę i pocałowałam go po raz drugi, mocniej. On mnie objął, odwzajemniając pocałunek i po chwili już leżeliśmy, całując się. Po kilku minutach jednak przestaliśmy, a ja westchnęłam.
- Justin? – Próbowałam nawiązać łączność
- Tak? – I nawiązałam.
- Czy na tą imprezę się będę miała jak pomalować? Wiesz, chciałabym spróbować czegoś nowego.
Spojrzał na mnie i odgarnął mi kosmyk włosów z twarzy.
- Oczywiście. Wszystko masz w łazience. – przerwał – Ale będę mógł ci wybrać sukienkę? Proszę.
- Jeśli nie będzie zbyt krótka to możesz.
- A dlaczego nie może być krótka?
Przewróciłam oczami.
- Bo chciałabym też mieć możliwość chodzenia, a nie cały czas siedzieć.
Zaśmiał się.
- Jesteś słodka. – Nadal się śmiał, ale wkrótce jego śmiech się przerodził w przepiękny uśmiech.
No dobra, może trochę przesadziłam, ale nie chciałabym zaliczyć wpadki.
- Ale zacznij mówić do mnie Maya, okej? – zmartwiłam się. Co jeśli w miejscu publicznym powie do mnie po imieniu? Ludzie mogliby się zorientować.
- Będzie dziwnie, ale okej.
- Założyłam konto na Twitterze. –powiedziałam
- I jak? Wiesz już co jak działa?
- Nie, ale mniejsza o to. Widziałam twój profil. Masz milion obserwujących. Dosłownie.
- Nie chcę się chwalić, ale z całego Twittera mam ich najwięcej.
Nieźle. Wow. Mój chłopak miał tak dużo fanów. Nie zdziwiłam się czemu.
Objął mnie, a ją oparłam głowę o jego ramię.
Nudziło mi się. Z nudów zaczęłam podwijać sukienkę do ud i wyżej, tak że mi ledwo nie było widać bielizny. Palcami jeździłam po udach.
-Przestań. –powiedział Justin. Zęby miał zaciśnięte. Spojrzałam na niego z miną o-co-ci-chodzi?
- Przestań. –Powtórzył i odwinął sukienkę, tak żeby była już taka, jaka powinna.
Nagle go zrozumiałam. No tak.
Chciałam go przeprosić, ale nie było mi przykro.
Pocałowałam go w policzek. Był mój. I tylko mój.
- Może już teraz pojedziemy po te dokumenty?  Szybciej je zrobią. – spytałam się
- Poszukam tylko numeru, zaraz zadzwonię. Poproszę, aby postarali się zrobić je jak najszybciej.
Wyjął więc telefon i zaczął w niego stukać. Po chwili już znalazł właściwą stronę. Przyłożył telefon do ucha i czekał. Odebrali już po pierwszym sygnale.
- Witam, tu Jack Smith.
Co? Jaki Jack? Ah, no tak. Przecież Justina wszyscy znali. Jack Smith. Zachichotałam. Justin uciszył mnie przyłożeniem sobie palca do ust.
- Więc poprosiłbym o zrobienie fałszywych dokumentów.
Zapadła długa cisza.
- Dobrze, zaraz wypełnię.
Rozłączył się i spojrzał na mnie.
- Musimy wypełnić formularz. I muszę mieć twoje zdjęcie na białym tle.
- Możemy je zrobić tutaj! – Krzyknęłam –Przecież jest biało tu, w środku. –dodałam już ciszej
Nie czekając na jego odpowiedź przybliżyłam się do ściany w limuzynie i zarzuciłam za siebie włosy.
Justin się na mnie spojrzał dziwnym wzrokiem. Nie rozumiałam, o co mu chodziło.
- Dlaczego ci tak bardzo na tym zależy? –spytał się z troską
- Bo chcę się stać Mayą i mieć możliwość pokazywania się z tobą.- wyrzuciłam z siebie
- No dobrze, ale czemu tak szybko?
Niech już zrobi to pieprzone zdjęcie i już!
- Bo nie chcę być już [T.i]! –Wykrzyczałam. Nie obchodziło mnie, że kierowca mógł mnie usłyszeć. – Chcę być Mayą, zacząć nowe życie i być z tobą!
- Myślisz, że wszystko jest takie proste? – po jego tonie poznałam, że się trochę zezłościł –Że jak będziesz miała te dokumenty, to wszystko się zmieni?! Że będziemy mogli robić co chcemy gdziekolwiek i kiedykolwiek?  -zaczął krzyczeć – Życie nie jest proste! Nie można mieć wszystkiego na życzenie! Trzeba się napracować! – Spojrzał się na mnie gniewnie.
Nigdy nie widziałam, jak się złości. Miałam nadzieję, że nigdy więcej nie zobaczę.
- Wiesz, tak się składa, że to ja więcej przeszłam w życiu. – Łzy mi zaczęły napływać do oczu. – Że to ja miałam większe trudności i… -Nie wysłowiłam się, bo wybuchłam płaczem.
Justin najpierw się we mnie wpatrywał gniewnie, ale potem przygryzł wargę i nieśmiało do mnie podszedł.
- Przepraszam. –powiedział
- Za co? – wyjąkałam
- Za to, że krzyczałem. Nie powinienem.
- To ja zaczęłam, przepraszam. – Płacz przemienił się w szloch.
Justin pieścił mnie ręką po policzku.
- Już dobrze, nie płacz. –wyszeptał kojącym głosem
Nie myśląc, rzuciłam się na niego i go przytuliłam. Objął mnie mocno i zaczął mnie głaskać po plecach.
- Ja przepraszam, naprawdę. – powiedział. Czułam w jego głosie poczucie winy.
- Ciii… Nic nie mów. – poprosiłam go
Obejmował mnie rękoma. Tak mocno, tak pewnie. Jego kark pachniał miętą. Jak ja kochałam ten zapach. Po kilku minutach przestałam łkać. Głęboko westchnęłam.  Troszkę się od niego odsunęłam i spojrzałam prosto w jego oczy.
Na moich ustach złożył ciepły i czuły pocałunek.
Gdzie ja bym bez niego teraz była?



niedziela, 25 sierpnia 2013

Rozdział 9

Wyszliśmy z domu. Miałam na sobie bluzę z kapturem, by nikt mnie nie mógł zauważyć. Nie widziałam nic, bo to Justin mnie prowadził, ale z odgłosów wywnioskowałam, że stoi tam bardzo dużo ludzi. Przepychaliśmy się przez ich tłum
- Wejdź. –powiedział. Dotknęłam jedną ręką samochodu i ostrożnie do niego weszłam. Nadal miałam na sobie kaptur i zakrywałam twarz. Justin usiadł koło mnie, zatrzasnął drzwi i pocałował mnie w policzek.
- Możesz już zdjąć kaptur. –wyszeptał.
Otworzyłam oczy. Siedziałam na ogromnej kanapie. W limuzynie. Przed nami stał stolik, a nad nim wisiała wielka kula dyskotekowa. Było mnóstwo wolnej przestrzeni.
- Jestem zmęczona. –poskarżyłam się
- Śpij, śpij. Dojedziemy dopiero za kilka godzin.
Spojrzałam jeszcze na niego, chcąc ujrzeć jego cudowną twarz, po czym położyłam nogi na siedzeniu, a głowę  położyłam na jego kolanach. Zamknęłam oczy.
Justin zaczął się bawić moimi włosami. Trochę mi było niewygodnie.
Przewróciłam się na plecy. Oczy miałam otwarte. Widziałam, że znowu stukał w swój telefon.
W końcu znowu usiadłam.
- Justin, czy ktoś nas może widzieć przez te szyby?
Odłożył telefon i spojrzał na mnie.
- Nie, dlaczego pytasz? Kierowca nas też nie widzi, drzwi są zablokowane.
Ujęłam jego twarz w dłonie. Kciukiem przejechałam po jego ustach. On mnie posadził na swoich kolanach. Czule mnie pocałował. Czułam jego ciepłe wargi na swoich. Od środka zrobiło mi się gorąco.
- Zaśpiewaj coś. Proszę. –powiedziałam
- Na przykład co? – uśmiechnął się i pokazał mi swoje perfekcyjnie białe zęby.
- Cokolwiek.
Gdy śpiewał serce mi stanęło do gardła. Głos miał jak anioł. Taki niesamowity głos. I jeszcze ta seksowna chrypa.
- Może być? –zapytał się po wykonaniu utworu. Wpatrywałam się w jego usta, gdy się poruszały.
- Masz fenomenalny głos. Ale nadal mi się chce spać, wybacz.
Zaśmiał się. Jasne, chodź tutaj. Objął mnie rękoma, formując dla mnie coś w typie legowiska. Teraz było mi bardzo wygodnie. Niestety, nie mogłam się delektować tym uczuciem i jego ciepłem, bo prawie momentalnie zasnęłam.
Śniło mi się, że ja i Justin biegaliśmy po polanie, po czym poszliśmy trzymając się za ręce nad jezioro. Pływaliśmy, obcałowywaliśmy  się pod wodą. Nagle Justin zmienił się w mojego ojca.
Obudziłam się i zaczęłam popłakiwać. Justin mnie do siebie migiem przytulił.
- Ciii… Nic się nie stało. Jesteś ze mną. Cichutko, nie płacz. –uspokajał mnie
Udało mi się. Odgonił moje myśli od ojca.
Głowę miałam opartą na jego ramieniu, wdychałam jego przecudowny zapach. Już nie miałam zamiaru spać. Usiadłam więc koło Justina.
- Dziękuję. –powiedziałam
-Za co? –spytał się, wpatrując się w nasze splecione ze sobą dłonie
- Za to. Że tu jesteś. Przy mnie.
- Zawsze będę.
Zawsze. Powiedział „zawsze”. Złożyłam na jego ustach czuły pocałunek.
-Nigdy się nie odwdzięczę. Za ciebie i za to co mi dałeś i… Kocham cię. –wyszeptałam. Teraz byłam tego pewna. Nie mogłam znieść myśli o rozłące. Kochałam go. Tak naprawdę.
-A ja ciebie. – powiedział czule wpatrując się we mnie takim słodkim wzrokiem.
Przymrużyłam oczy. Kręciło mi się w głowie.
- Za ile będziemy? Trochę mi niedobrze od tej jazdy. – Skłamałam. Niedobrze mi było od Justina, bo tu ze mną był. Bo się na mnie patrzył. Bo jego usta dotykały moich.
Wziął do ręki sprzęt wystający ze ściany i przyłożył go do ust.
- Niech się pan zatrzyma przy najbliższym zjeździe do lasu. Bez odbioru.
- Bez odbioru? – zaśmiałam się
- No a co innego miałem powiedzieć? – spytał się swoim przeuroczym głosem
- Mogłeś coś zaśpiewać. – usiadłam na kolanach i oparłam brodę o dłonie.
Spojrzał w górę, a potem w prawo. Następnie na mnie.
Poczułam, że się zatrzymujemy. Justin otworzył drzwi, wyszedł pierwszy a następnie mi przytrzymał, tak bym mogła wysiąść. Wzięłam go za rękę. Czułam się jak księżniczka. Księżniczka ze swoim księciem.
Justin się rozejrzał dookoła i razem ze mną podszedł do wysiadającego kierowcy.
- Wrócimy za jakiś czas. – powiedział i dalej pobiegliśmy w stronę lasu. Po jakimś czasie zatrzymaliśmy się, bo już nie mogłam dalej biegać. Oparłam się o drzewo.
- Coś czuję, że ktoś tu musi popracować nad kondycją? –uśmiechnął się i puścił do mnie oczko. Jednak widząc moją minę szybko dodał. –Nie martw się, razem się nią zajmiemy.
- Razem? Od razu lepiej. –oznajmiłam –Chodźmy dalej.
Szliśmy tak cicho przez około pół kilometra, aż  Justin zauważył jezioro.
- Chcesz się wykąpać? – spytał się mnie
- Wolę nie, jak zmoczę bieliznę nie będę mogła normalnie siedzieć. – spojrzałam w bok
- A kto powiedział, że musimy pływać w ubraniach? – podszedł do mnie i mnie pocałował w czubek nosa. – Chcesz tego? – tak się na mnie spojrzał, że się poddałam.
- Tak. –odpowiedziałam mu. Nie chciałam ranić jego uczuć. No dobra, nie dlatego. Sama tego chciałam.
Zdjął koszulkę. Podziwiałam jego nagi tors. Tak się zagapiłam, że zapomniałam co miałam zrobić. Potrząsnęłam głową, jakbym w ten sposób mogła odrzucić myśli od Justina i zająć się czymś innym. Niestety było to nierealne.
W spodniach Justina zaczęło coś wibrować. Telefon. Spojrzał się na mnie, wyciągnął go z kieszeni i odebrał połączenie. Słuchając tego, co mówi jego rozmówca nadal wpatrywał się we mnie. Po chwili, nic nie mówiąc się rozłączył. Wywrócił oczami i spojrzał się zawiedziony na podłogę. Musimy się zbierać. Za godzinę powinniśmy być na miejscu.
Zezłościłam się na siebie, bo to przecież przeze mnie się zatrzymaliśmy.
- Przepraszam. –wyszeptałam zakłopotana.
- Nie przez ciebie, przebiegniemy się? – Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć on już biegł, wkładając na siebie koszulkę.
Biegłam za nim, bo musiałam go dogonić. Był moją nagrodą.
Chociaż nie, nie był nagrodą. Nagrody się otrzymuje za dobre uczynki, sukcesy. Ja nic nie zrobiłam, sprawiałam same kłopoty. Był moim bohaterem, wybawcą, darem z nieba.
Nigdy nie wierzyłam w boga. Nie wierzyłam w anioły. Co do pierwszego miałam rację. Co do drugiego tylko częściowo. Bo w nie wierzyłam. Teraz wierzę. Jeden biegł tuż przede mną.


wtorek, 20 sierpnia 2013

Rozdział 8

Gdy się obudziłam byłam sama w pokoju. Zaczęłam się stresować. Może mnie zostawił. Jednak odrzuciłam tę myśl. Jak mógł mnie ktoś porzucić we własnym domu?
Wstałam więc i poszłam do swojego pokoju.
Zajrzałam do szafy. Wygląda na to, że przyjechała już dostawa ubrań dla  mnie. Zastanawiałam się skąd Justin wiedział jaki mam rozmiar.
Wybrałam czarną, skromną sukienkę z otworem na plecach. Nigdy nie lubiłam pokazywać zbyt dużo ze swego ciała. Nie dlatego, że się wstydziłam, ale dlatego że uważałam to za prostactwo.
Przypomniałam sobie, że Justin dzisiaj wyjeżdża. Nawet nie wiedziałam o której godzinie. Po policzku poleciała mi jedna łza. Nie chciałam zostawać sama. Znowu. Tyle że tym razem bez braciszka.
Założyłam ubrania w pokoju, jak najszybciej potrafiłam, by spędzić jeszcze jak najwięcej czasu z Justinem. Włosów nie rozczesałam, były czyste i proste. Kurczę, jak to łatwo jest mieć wszystko w zasięgu ręki.
Wyszłam przez jego pokój, zamiast przez mój. Spojrzałam się na łózko i pomyślałam o tym, że on na nim spał. Ze mną. Lekko się uśmiechnęłam do siebie.
Zeszłam na dół, próbując nie zabłądzić w korytarzach, aż zastałam znajome schody. Zadowolona zbiegłam po nich jak najszybciej. Pobiegłam do kuchni, bo to był jedyny pokój, który mi przyszedł do głowy.
Miałam nadzieję ,że zobaczę tam Justina. Szczęście mi dopisało. Opierając się o blat Justin rozmawiał z kimś przez telefon. Podeszłam do niego, on mnie też zauważył i od razu się rozpromienił. Dotknęłam jego pleców i się do niego przytuliłam. On mnie objął jedną ręką, drugą nadal rozmawiał przez telefon.
- Jak to?– Spytał się zaskoczony, a ja się od niego przestraszona taką nagłą zmianą tonu odskoczyłam. –Dobrze… - Chyba nie wiedział co powiedzieć. Patrzyłam się z zaciekawieniem w jego twarz, próbując wychwycić jakieś znaki z jego mimiki.  Rozłączył się. Położył głowę na blacie. Chyba płakał. Od razu do niego podeszłam i go przytuliłam. Chciałam go jakoś pocieszyć, ale nie wiedziałam co się stało.
- Z kim rozmawiałeś?
- Ze Scooterem – Po jego głosie poznałam, że jednak nie płakał. Od razu mi ulżyło. – Nie jadę na trasę. Wybuchł wulkan  i niebezpiecznie byłoby teraz lecieć.
- to nie leć! – wykrzyczałam
- Właśnie nie lecę. Muszę zaraz napisać o tym na Twitterze. – Wyjął z kieszeni telefon, szybko coś wystukał, nacisnął guzik i z powrotem schował telefon. Ucieszyłam się, że jednak spędzę z nim więcej czasu.
- Będziemy mogli spędzać ze sobą więcej czasu! – wykrzyczałam uradowana
On się tylko smutno uśmiechnął.
- Jednak nie. Będę miał zamiast tego sesje zdjęciowe. A tak w ogóle to wyglądasz pięknie.
- A mogłabym jechać z tobą? – Spytałam z nadzieją w głosie. To ostatnie zignorowałam.
- Wiesz co, myślę że tak. Ale musimy się pośpieszyć, zaraz przyjadą, więc zero gadania, tylko do roboty.  –powiedział
Podeszłam do lodówki.
-Czekaj- powiedział.
Powoli do niego podeszłam.
-Tak? –spytałam się
Nie odpowiedział, tylko mnie pocałował. W usta. Od razu się lepiej poczułam i się uśmiechnęłam do niego. – A teraz do roboty. – powiedział. Cicho się zaśmiałam.
Wyjęłam z lodówki jogurt i zaczęłam go jeść. Gdy skończyłam wyrzuciłam pudełko do kosza, a łyżeczkę umyłam i odstawiłam na miejsce. Poszłam na górę umyć zęby.
Wzięłam szczoteczkę do rąk ,nałożyłam na nią pastę. Gdy skończyłam umyłam ręce.
W lustrze zauważyłam Justina. Uśmiechnął się do mnie wzywająco, a ja spojrzałam się do jego lustrzanego odbicia miną typu o-co-ci-chodzi?
- Mam prośbę.- powiedział.
- Słucham. – starałam się zabrzmieć seksownie, ale mi nie wyszło
- Mogę ci rozczesać włosy? – Dobra, spodziewałam się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego. Zdziwiona odparłam, że tak, a on do mnie podszedł. Ujął moje włosy w ręce. Tak delikatnie.
Ostrożnie zaczął je czesać. Po kilku minutach ciszy nie wytrzymałam i się do niego odwróciłam, a szczotkę mu wytrąciłam z rąk. Objęłam jego szyję , on jedną ręką moją talię, a drugą wziął za plecy. Dosłownie przycisnęłam moje usta do tych jego i zaczęliśmy się całować. Namiętnie. Tak z języczkiem.
Nie chciałam i nie miałam zamiaru przerywać pocałunku. W brzuchu zaczęło mnie coś łaskotać, przycisnęłam się bardziej do Justina. Podniósł mnie. Owinęłam nogi wokół jego pasa, a on mnie postawił na zlewie. Miałam nadzieję, że się nie zarwie. Chociaż teraz mnie to nie za bardzo obchodziło. Miałam ważniejsze sprawy na głowie. Pragnęłam go. Chciałam więcej. O wiele więcej. Ale wiedziałam, że nie mieliśmy czasu, więc nie pozwalałam dojść do czegoś więcej. Wplótł swoje palce w moje włosy, czułam jakbyśmy byli jednością. Przerwał pocałunek. Zawiodłam się.
- Ludzie mówią, że jestem uzależniony od heroiny. To nieprawda. Jestem uzależniony, fakt ale nie od niej. – Powiedział, a ja go objęłam. Nie chciałam go puszczać. Nigdy. Przyłożyłam głowę do jego klatki piersiowej. Uwielbiałam wsłuchiwać się w bicie jego serca. Dziwne teraz biło szybko. O wiele szybciej niż zwykle. Myślałam, że zawsze był spokojny. Przytulaliśmy się. Nie wiem jak długo, nie obchodziło mnie to. Jedyne, czego pragnęłam, o czym mogłam myśleć to Justin. Dotykałam go, czułam go, słyszałam jego serce, widziałam go. Nie mogłam go puszczać. Po prostu. Nie  było takiej opcji i już. Głowę lekko oderwałam od jego klatki piersiowej i zbliżyłam moje usta do jego ucha.
- Chyba jednak dobrze, że zostałeś. –wyszeptałam.
- Tak, chyba jednak tak. – uśmiechnął się, i wyglądał na takiego szczęśliwego. Taki też był.
Rozluźniłam nieco uścisk, by mógł lepiej oddychać. On mnie wziął na ręce, tak bardzo delikatnie. Jakbym była szkłem, które mogło się stłuc w każdej chwili. 
- Musimy już iść- powiedział ze smutkiem w głosie
Wzięłam jego rękę. Trzymałam ją za mocno, więc ten uścisk także rozluźniłam, nie chciałam ,żeby Justinowi tam przestała dopływać krew. Spojrzałam się na niego. On na mnie. Wtedy zdałam sobie z czegoś sprawę. Coś ważnego.
Justin mnie dopełniał, dodawał mi odwagi. Dzięki niemu czułam się dowartościowana. Byłam kimś. Miałam własną osobowość. Raczej nie mogę powiedzieć, że nie mogłabym bez niego żyć. Żyłam bez niego przez szesnaście lat. Ale z pewnością z nim żyło mi się lepiej. Naprawdę żyłam. Nie potrafiłam sobie wyobrazić siebie bez niego. Musiałam z nim być. Takie było moje przeznaczenie.
Czyli wychodzi na to, że jednak nie potrafiłabym bez niego żyć? Nie wiem. Ale jedno wiedziałam. Pragnęłam siebie z nim.
 Tylko z nim.


poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rozdział 7

Ubrałam się w piżamę, którą mi zakupił Justin, umyłam zęby i weszłam do mojego pokoju. Z biurka wzięłam telefon, poobracałam go w ręcę i wybrałam podany numer.
- Dobry wieczór tu [T.i] [T.n]. Zadzwoniłam, aby się spytać jak z Emilem [T.n]. – powiedziałam i niecierpliwie czekałam na odpowiedź.
- Sala dwieście dwa, prawda? Niestety, ale mamy dla pani złe wieści. – Nie mogłam się ruszyć, dostałam nagłego skurczu brzucha i zachciało mi się wymiotować. – Pacjent jest w stanie ciężkim. Podejrzewamy ,że do kolano się zakaziło. To znaczy, że go wyleczymy w minimalnie dwa tygodnie.
Dwa tygodnie?!
Odchrząknęłam. – Ale będzie mógł być odwiedzany, prawda? – spytałam się lekarza z nadzieją w głosie
- Przez najbliższy tydzień nie. Zadzwonimy jak będzie już miał pozwolenie na gości, dobrze? Teraz muszę kończyć, idę przeprowadzić ważną operację. Do widzenia.
- Do widzenia. –Powiedziałam, ale zdałam sobie sprawę ,że już się rozłączył.
Rzuciłam telefon na kanapę. Podeszłam zawiedziona do okna. Wychyliłam się, może ciut za bardzo.
Niebo było ciemne, na niebie było kilka większych gwiazd. Lecz światło z domu rozpraszało uwagę od gwiazd. Zacisnęłam palce na parapecie. Spojrzałam na zegar, wiszący koło drzwi i okazało się, że jest już dziesiąta w nocy.
Poszukałam gdzieś po pokoju czegoś do czytania. Znalazłam jakąś książkę.
„ Czarny łabędź”
Otworzyłam ją i zaczęłam czytać. Po kilku zdaniach się jednak rozmyśliłam i odłożyłam książkę na miejsce. Zaczęłam się bawić koszulką do spania.
Pomyślałam o ojcu. Ciekawe, czy się nawet zorientował, że jego dzieci od zimy nie ma w domu. Minęły około dwie pory roku. Może nawet już nie żyje. Miałam taką nadzieję.
Miałam nadzieję, że jego ciało gdzieś gnije i się robaczy.
Położyłam się na dwuosobowym łóżku i zamknęłam oczy.
Przez całą noc się budziłam, widząc  ciało mamy, aż w końcu nie wytrzymałam i wstałam z łóżka.
Zapaliłam lampkę. Była czwarta w nocy. Postanowiłam sprawdzić, czy Justin śpi.
Ostrożnie, jak najciszej potrafiłam uchyliłam drzwi do jego pokoju. Przyglądałam mu się tak przez dłuższą chwilę, aż w końcu po prostu weszłam do jego pokoju. Zamknęłam za sobą drzwi i podeszłam do niego. Uklęknęłam, po czym usiadłam na kolanach i mu się przyglądałam. Wyglądał tak pięknie, gdy spał. Dotknęłam palcem wskazującym jego lewego oka.
Przejechałam po jego brwiach, po ustach.
Nie miałam już wcale ochoty spać. Byłam zmęczona, ale i tak bym nie zasnęła. Usiadłam więc na fotelu. Poruszył się.
- Justin? –wyszeptałam cicho. Chciałam tylko zobaczyć czy śpi, nie chciałam go obudzić. Niestety się nie odezwał. Skuliłam więc nogi i objęłam je rękoma. Rozglądałam się po pokoju. Był dość duży, trochę większy od mojego. Po obu stronach łóżka znajdowały się jasne półki, na których leżały książki. Z okna do pokoju wpadał blask księżyca.  Zakręciło mi się w nosie i kichnęłam.
Niech to…
Justin się poruszył. Ręką zakryłam usta, tak bym nie mogła niczego powiedzieć.
- [T.i]… - Wyszeptał zmęczony. Przewrócił się tak, że leżał teraz znowu bokiem do mnie. – Nie możesz spać? – spytał się zmęczonym głosem
Przekręciłam głową, na znak ,że nie, ale przypomniałam sobie, że jest ciemno i nie może mnie zobaczyć, więc szybko dodałam –Nie.
- Jak chcesz to do połóż się koło mnie.
Nie chcę. Jednak nie chcąc ranić jego uczuć do niego podeszłam i wdrapałam się na łóżko koło niego.
Leżałam tak i nadal nie mogłam zasnąć. On to zauważył. Oczy miał otwarte.
- O czym myślisz? – spytałam się go
- O tobie. – Nerwowo przygryzłam wargę.
Objął mnie i do siebie przycisnął. Podobało mi się to. Czułam w sobie jego energię. Czułam się taka silna. 

Zamknął oczy. Ja się w niego wpatrywałam, niczym malarz w obraz. Tyle że obrazy nie mogą kogoś tak trzymać. Zamknęłam oczy i wtuliłam się w jego ręce. On objął mnie mocniej, tak, że byłam całkiem bezpieczna. Słyszałam bicie jego serca. I mojego. Jedno było nierówne, zestresowane. Drugie było równomierne i spokojne. To drugie działało na mnie kojąco, uspakajająco. Było niczym kołysanka do snu dla małego dziecka. Wkrótce zasnęłam w jego ramionach. 

Rozdział 6

 Gdy już się ogarnęłam odeszłam od Justina i się do niego uśmiechnęłam przez łzy.
- Jestem głodny, chcesz coś zjeść? –spytał się
- Więc jak ty jesteś głodny to ja mam coś zjeść tak? Nie, dzięki. Albo dobra, tak, bo umieram z głodu. Wzięliśmy się za rękę i poszliśmy do kuchni.
Zastanawiałam się od ilu godzin nie jadłam. Pewnie mi w szpitalu coś podawali przez kroplówkę. Zamarłam. Szpital.
- [T.i], co się stało? –spytał zdenerwowany
- Szpital –powiedziałam  patrząc się na podłogę – Nie zapłaciłam za szpital! – teraz przekierowałam wzrok na Justina.
- Jesteś niesamowita. Potrafisz tak wystraszyć człowieka. I nie martw się o głupoty, ja zapłaciłem. – Zabawiony przewrócił oczami. – Słuchaj, muszę ci coś powiedzieć –dodał jakby sobie właśnie coś przypomniał. Trochę się wystraszyłam. Nie wiedziałam co mnie czeka.
- Jutro wyjeżdżam. Jadę na tour. Chcesz pojechać ze mną?
- Jasne! –Wykrzyczałam uradowana i dałam mu sójkę w bok  - Po co mnie straszysz?
- Ja?! Kto tu kogo straszy? – Oboje się zaśmialiśmy, a on mnie przytulił. Tak po prostu. Dla przyjemności. Bardzo miłe.
Zeszliśmy na dół, do kuchni i zastaliśmy tam Pattie.
- Hej! – wesoły Justin podszedł do niej i dał jej buziaka w policzek. Przypomniało mi się jak i ja dawałam mojej mamie buziaki w policzek. Dwa lata temu.
- Zrobiłaś kolację. – powiedział – Usiądźmy do stołu.
Nieśmiało zajęłam miejsce naprzeciwko Justina.  Jego mama usiadła koło niego.
- Mamo? –zaczął Justin. Miał cudny głos.
- Tak ,synu?
- Jutro jadę na to tournée, pamiętasz? Mogę zabrać ze sobą [T.i.], prawda? – uśmiechnął się do mnie i puścił mi oczko
- Biebs… Raczej nie.
- Co?! – wykrzyknął
Brzuch mnie bardzo zaczął boleć. Zrobiło mi się niedobrze.
- Znacie się dopiero od kilku dni, a poza tym to niebezpieczne. [T.i.] nie jest jeszcze pełnoletnia, a niebezpiecznie byłoby wam się pokazywać razem. No wiesz, paparazzi zrobią kilka zdjęć i już po [T.i]. Pójdzie do domu dziecka, a sprawa sądowa będzie się toczyła nie wiadomo ile lat.
No w sumie prawda. Zawsze miałam kompleksy dotyczące tego, kim jestem, z jakiej rodziny pochodzę. Poza tym nie mogę zostawić Emila. Co ja sobie myślałam, że się wproszę do czyjegoś domu i będę za kimś łazić do końca życia? Już są tacy dobrzy, że pozwalają mi zamieszkać u nich. Poza tym jakby mój ojciec (nie wiadomo jakim sposobem) mnie zobaczył, dostałby szału i by po mnie przyszedł. Po nas. Po mnie i po Emila.
- Ale, mamo!
- Justin! –Przerwała mu głośno. – Wybrałeś takie życie, to był twój wybór. Jedziesz sam i koniec.
Justin wstał i obrócił się w miejscu.
-Chodź, [T.i.],idziemy na dwór. – Wziął swój talerz, więc ja też wzięłam swój. Na dworze było ciemno. Już przestało mżyć.
Usiedliśmy, oboje po przeciwnej stronie szklanego stolika.
- Więc… Wyjeżdżasz, tak? – Grzebałam widelcem w moim spaghetti. – Na ile? – spojrzałam na niego
- Słodka, wylatuję do Rosji na koncert. Potem jadę do Francji i Australii. Wiesz, nie będę miał czasu żeby cokolwiek robić. Cały czas tylko próby, koncert meet & greet. Od czasu do czasu będę wchodził na Twittera, ale…
- Na co? –Przerwałam mu
- Twitter, taki portal społecznościowy na którym zamieszczam różne zdjęcia i wpisy – Nie rozumiem.
Kiwnęłam głową.
- Mów dalej. – poprosiłam go
- To już wszystko. Wróce za dokładnie cztery dni. Będę dzwonił. – Wyjął z kieszeni jakieś urządzenie je mi zademonstrował.
- To telefon –powiedział
- Wiem,  widziałam reklamy na ulicy. To ,że jestem bezdomna nie znaczy, że jestem głupia. –Trochę się obraziłam.
- Czy ja powiedziałem, że jesteś głupia? I nie jesteś bezdomna! Owszem. Byłaś, ale to minęło. Więc dalej. Wiesz jak działa?
- Tak, widziałam jak go używają. Wiem jak się dzwoni, wysyła wiadomości i odbiera.
- Super. –uśmiechnął się z ulgą, pewnie dlatego, że nie musiał nic tłumaczyć. Pocałował mnie w czoło.
Zabraliśmy się za jedzenie. Panowała nieco niezręczna cisza.
- Ale naprawdę będziesz dzwonić, prawda? –wydusiłam z siebie
- Codziennie. W każdej wolnej chwili. – przyrzekł
- Justin. – powiedziałam. Tylko powiedziałam, nic więcej.
- Będę tęsknić. Chodźmy spać. Talerz zostaw, sprzątaczka sprzątnie.
- Dobrze.
Wzięłam go za rękę i ją mocno ścisnęłam przez chwilę. Chciałam go tylko poczuć.
- Możemy tam iść? –Zapytałam wskazując na drzewo jakieś sto metrów stąd. Chciałam spędzić tą ostatnią noc fajnie.
Nie odpowiedział, tylko wziął mnie na ręce i poszedł na wskazane przeze mnie miejsce. Położył mnie na trawie, a sam się położył bokiem do mnie.
Pocałował mnie w czoło. Ale ten pocałunek był inny. Tak mało wartościowy. Tak nic nieznaczący.
Pocałowałam go w usta. Mocniej i coraz mocniej. Justin mnie przycisnął do siebie. Pragnęłam go. On pragnął mnie. Tak jak nigdy wcześniej. Ale nadal nie mogłam odpowiedzieć na pytanie, czy go naprawdę kocham. Nigdy nikogo nie kochałam, oprócz mamy i Emila. Ale to inna miłość. Bardzo lubiłam Justina, owszem, był moim wszystkim, ale czy naprawdę byłam zakochana? Okaże się to w następnych dniach. Co poczuję, gdy wróci.
Ciekawe, czy on mnie kocha. Skończyłam pocałunek i położyłam się głową jego klatce piersiowej.
- Jesteś piękna. –powiedział
Nieprawda.
- Dzięki. Jesteś słodki.
- Ale nie taki jak ty. – Znowu mnie pocałował. Szczerze? Miałam tego trochę dość. Nie moglibyśmy się przez ten rok pokazywać publicznie, tylko cały czas siedzieć w domu?

Nie, nie kochałam go. Byłam w nim tylko zauroczona. Ale czy aby na pewno? W życiu nie można być pewnym niczego. Nie można nikomu ufać. Jednak ja mu ufałam. Ślepo.

Rozdział 5

Otworzyłam drzwi i zakołysałam się na nogach. Nic nie powiedziałam, tylko się uśmiechnęłam i podeszłam do Justina. On mi dawał poczucie bezpieczeństwa. Justin odłożył delikatnie gitarę, podszedł do mnie, ujął moją twarz w dłonie i mnie lekko pocałował. Pocałunek ten był taki słodki. Nie taki jak cukierki, lecz jeszcze słodszy. Jeszcze nigdy się nie całowałam. Nigdy nie dotykałam obcego chłopaka. Objęłam Justina i się do niego przytuliłam.
- Justin. –powiedziałam rozmarzonym głosem. Tylko na to mnie było stać?
Spojrzał na mnie. Przylizał usta. Ja przygryzłam wargę. Wspięłam się na palce po czym pocałowałam go w usta lekko i szybko, niczym motylek, który się odbił od ziemi. Westchnęłam cichutko.
- Justin, mogę wiedzieć co już masz?- spytałam się, natychmiast potem żałując, że przerwałam tę magiczną chwilę.
- Tak naprawdę to mam tylko melodię. – Uśmiechnął się lekko, prawie niezauważalnie. – Scooter, mój menadżer poprosił mnie ,żebym sam napisał piosenkę.
- Oh… - wyrwało mi się  - Zagrasz mi ją? Proszę.
Spojrzał na mnie z czułością, poszedł po gitarę i zaczął grać.
Była to dość szybka, lecz chwytająca za serce melodia. Zaczęłam przytupywać nogą do rytmu.
Po zagraniu ostatnich nut spytał się mnie co o tym sądzę.
- Jest…Piękna.- Spojrzałam się na niego, a on do mnie podszedł, odkładając gitarę, ale już nie tak delikatnie jak ostatnim razem i mnie do siebie przyciągnął. Wziął mnie na ręce, a ja owinęłam ręce wokół jego szyi. Położył mnie na szerokiej kanapie w pokoju, w którym się znajdowaliśmy. Pocałował mnie. Najpierw tak romantycznie, po czym tak namiętnie. Owinęłam nogi wokół jego pasa, a on miał ręce pode mną, trzymał je na moich plecach położył się na mnie i nadal się całowaliśmy. Z czasem jego ręka zaczęła wchodzić pod moją koszulkę. Wcale nie miałam na to ochoty, ale musiałam to przerwać.
- Justin…- Zaczęłam błagalnym tonem.
Zszedł ze mnie i usiadł. Ja się lekko podniosłam.
- Nie mogę. – powiedziałam i pokręciłam głową
- Dlaczego? –Spojrzał się na mnie z zaciekawieniem
- Nie mogę powiedzieć – Odważna, nie odwracałam wzroku, lecz patrzyłam w jego oczy.
- Mi możesz powiedzieć wszystko.
Prawda. Justin to osoba, której mogłam zaufać. Chociaż znamy się tylko kilka dni i wiem, że nie powinno się nikomu ufać, on był inny. Taki…Magiczny. Tak mu na mnie zależało. Był taki wyjątkowy.
- Moja mama…- Zaczekałam na jego reakcję, chciałam się dowiedzieć, czy chciał bym mówiła dalej.
Przytaknął.
- Ona była z moim ojcem i oni… No wiesz, uprawiali seks. Moja mama zaszła w trzecią ciąże. Powiedział, że ma usunąć to dziecko… Nie zaraz, on użył określenia płód. Więc powiedział, że musi go usunąć. Nie zrobiła tego. I on… -przełknęłam ślinę – On ją zabił.
Teraz, gdy to już powiedziałam zrobiło mi się lepiej. Przyłożyłam głowę do nagiej klatki piersiowej Justina. Czułam gorąco, słyszałam równe bicie jego serca. Siedząc w tej pozycji Justin objął mnie rękoma.
- Przecież ja cię nie zabiję. Nigdy. – Gdy mówił, czułam drganie jego ciała.
- Wiem.
- To czego się boisz?
Oderwałam twarz od niego i spojrzałam na jego usta.
- Nie wiem- to była prawda. Nie wiedziałam.
- Przecież, teraz żyjesz zupełnie inaczej, nie ma się czego bać.
- Ale i tak mam wspomnienia i…Chciałabym ich się pozbyć. –łzy mi napłynęły do oczu i szybko je przetarłam.
- Nie płacz, [T.i] –powiedział kojącym głosem –Wiem, że przeszłaś dużo w życiu i masz za sobą wiele strasznych rzeczy. Chciałabyś chodzić do psychologa?
- Nie! –krzyknęłam trochę za głośno. Czułam ,że zaczynam się rozklejać. –Nie chcę nikomu o tym opowiadać, nigdy! –

 Kolejne łzy mi napłynęły do oczu. Ale tych nie starłam. Tym pozwoliłam wypłynąć.

Rozdział 4


Stałam pod prysznicem i zmywałam z siebie brud, pot oraz umyłam włosy. Prawdziwym szamponem. Wzięłam kosmyk włosów i go powąchałam. Pachniał jabłkiem.
Nie chcąc marnować wody wyszłam spod prysznica i poszłam po ręcznik. Otworzyłam szafkę.
Pusta.
Byłam cała mokra, a moje ubrania zostawiłam w moim pokoju. Otworzyłam więc drzwi, a przede mną ukazał się mój nowy pokój. Całkiem naga wyszłam, poszukałam ręcznika w lustrzanej szafie. Pudło.
Usłyszałam za mną skrzypnięcie drzwi. Odwróciłam się.
Uff…Na szczęście nikogo tam nie było.
Kontynuowałam szukanie.
Jest!
Wzięłam go i się nim opatuliłam. Był taki milusi. Delektowałam się jego ciepłem po zimnym prysznicu.
Nagle poczułam czyjeś ręce w moim pasie.
Wciągnęłam brzuch ze strachu, lecz okazało się ,że to Justin.
Odwróciłam się do niego mocniej przyciskając ręcznik do ciała. Spojrzałam w jego oczy, które wpatrzone były w moje. Nie mogąc wytrzymać odwróciłam wzrok. Ręka Justina dotknęła mojego policzka.
- Jesteś piękna.- powiedział. Kolejne zdanie, którego nigdy nie słyszałam.
- I mokra. –wymamrotałam po czym ostrożnie wyrwałam się z jego objęć i szybko poszłam do łazienki. Zamknęłam za sobą drzwi i przycisnęłam do nich plecy. Tak powoli się zniżałam. W końcu już siedziałam.
Schowałam twarz w dłoniach i westchnęłam. Uśmiechnęłam się do siebie. Ubrałam się w koszulkę Justina i założyłam bieliznę, znalezioną na grzejniku w łazience.  
Wyszłam z łazienki uśmiechając się, lecz Justina nie znalazłam.  Bardzo mnie to rozczarowało. Sądziłam, że na mnie poczeka.  Kurde, zachowałam się jak dupek.
Usiadłam na kanapie i rozczesywałam włosy przez około pięć minut. W międzyczasie już się prawie wysuszyły. Przeszukałam wzrokiem pokój. Podeszłam do biurka, na którym znajdowała się karteczka.

Jestem na dole jak chcesz to przyjdź xx Justin

Problem w tym ,że miałam na sobie tylko bieliznę i koszulkę. Chociaż, mogłaby być sukienką, bo sięgała mi za uda. Założyłam pantofle, które leżały na podłodze.
Otworzyłam więc drzwi i wyszłam. Szłam prosto, korytarzem.  Naglę po lewej stronie zaczęły się pojawiać ogromne schody. Zeszłam po nich. Czułam się jak krasnal w domu olbrzyma.
Po obu moich stronach stały duże palmy. Jak na taki ogromny dom, było tu pusto.
Rozejrzałam się i przez okno zauważyłam postać. Było ciemno, więc nie byłam w stanie stwierdzić czy to kobieta, czy mężczyzna.
Niedaleko okna stały drzwi. Bez dłuższego namysłu przez nie wyszłam. Trochę mżyło.
Podeszłam do postaci.
- Przepraszam.
Odwróciła się do mnie, a światło z domu padło na jej twarz. Była to kobieta. Niezbyt stara, miała około trzydziestu, może trzydziestu pięciu lat.  Uśmiechnęła się.
- Jestem Pattie, mama Justina. Opowiedział mi o tobie. Bardzo ci współczuję, ty i twój braciszek mogą u nas zamieszkać na stałe. Pomyślałam, że nie będziemy zgłaszać sprawy do sądu, gdyż byś wtedy musiała nie wiadomo ile mieszkać w domu dziecka i byłoby to…
- Proszę pani, ja nie wiem jak mogę pani dziękować. – powiedziałam. Było to szczere i z serca.
Po raz kolejny się uśmiechnęła. Chyba chciała objąć mnie opiekuńczym gestem, w każdym razie się rozmyśliła i jej ręka powędrowała do włosów.
- Mów do mnie Pattie. Zapewne chciałabyś wiedzieć, gdzie jest Justin?- spytała się i puściła mi oczko
- Szczerze to tak. – spojrzałam na swoje pantofle
Pattie się cichutko zaśmiała – Szuka tekstu do nowej piosenki. Chodź, zaprowadzę cię do niego. –powiedziała i razem szłyśmy przez korytarze tego wielkiego domu. Niespodziewanie się zatrzymała w czsie drogi.
- Zapomniałam odpisać koleżance ,że jestem już w domu. Muszę to szybko zrobić, bo się poważnie zacznie martwić. Dojdziesz sama, to trzecie drzwi zaraz po wejściu do tego korytarza.

Kiwnęłam głową, a Pattie odeszła. Posłusznie słucham instrukcji aż dotarłam do czerwonych drzwi. Wyjrzałam przez okienko. Zgadza się, to tam siedział Justin.

Rozdział 3

Poszłam do pokoju, który mi wskazał i zauważyłam tam Emila i jakąś kobietę w fartuchu. Emil miał na kolanie profesjonalny bandaż. Uśmiechnęłam się do stojącego koło mnie Justina i specjalnie otarłam moje prawe ramie o jego lewe. Przez ciało przeszły mi dreszcze, a pielęgniarka to zauważyła.
- Coś cię boli? – Spytała się mnie, tak samo jak Justin. Nie odpowiedziałam, bo się zastanawiałam nad… No nieważne. –Masz dreszcze, coś nie tak?
- Nie, wszystko dobrze. Dziękuję. Mogę już wziąć Emila? – spytałam się licząc na to, że odpowie „tak”
- Nie.
Co?!
- Słucham?
- Musimy go zabrać go szpitala na tydzień. Ma bardzo poważną ranę, od ilu dni już ją ma?
Od ilu? Skąd miałam wiedzieć? Nawet nie wiedziałam, który mamy miesiąc. Podejrzewałam, że sierpień, bo było gorąco. Ranę miał od dawna.
- Od miesiąca? –skłamałam
- Miesiąc? – pielęgniarka spojrzała na mnie z kpiną – Wtedy by na pewno nie przeżył, jest taki wychudzony, że jego organizm nie przeżyłby takiego wysiłku.
Spojrzałam się na sufit. Zabierają go! Zabierają Emila.
- Chodź już, [T.i]. – powiedział Justin
- Kiedy go zabieracie? – z trudem zignorowałam Justina
- Dzisiaj, a wynoście się stąd, musze mu zrobić serię zastrzyków. – Wygoniła nas z gabinetu, po czym zamknęła drzwi.
Przed drzwiami Justin spojrzał na mnie i wywrócił oczami.
- Ale z niej jędzą.- powiedział
Uśmiechnęłam się, chociaż nawet nie wiedziałam co to znaczy.
- Justin (uwielbiałam wymawiać jego imię), tak właściwie to gdzie my jesteśmy?
- W moim domu. –powiedział, potem przypomniał sobie, że ja już nie mam domu i wziął mnie za rękę. – Chodź pokażę ci twój pokój.
Gdy mnie prowadził nie patrzyłam pod nogi, lecz na jego twarz.  Potknęłam się. Ups.
Justin puścił moją rękę i wziął mnie za pas, przycisnął mnie mocniej do siebie, zapewne bym nie upadła.
- To on. – powiedział, a ja dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że jest tak blisko mnie. Że mnie dotykał. Czułam go. Ale się brzydziłam. Siebie. Byłam brudna i niemyta.
Weszliśmy do „mojego” pokoju.
Zamarłam. Był ogromny. Piękny. Wielka szafa z lustrami, biurko, jakiś laptop (widywałam je już wcześniej, gdy byłam na ulicy), czyste okno. Nie mogłam nic powiedzieć. Koło mnie znajdowały się drzwi.
- Justin (i znowu miałam okazje wymówić jego imię!), dokąd prowadzą te drzwi?
- Sama zobacz. –uśmiechnął się. Znowu. Boże, jak on się pięknie uśmiechał.
Jako pierwsze wybrałam te po lewej. Dotknęłam klamki. Lekko ją przekręciłam, spojrzałam na Justina, wzrokiem pytając o pozwolenie, a on mnie zrozumiał i pokiwał głową. Skierowałam swój wzrok na drzwi i przekręciłam klamkę. Otworzyły się. Przede mną stała ogromna, wieloosobowa wanna, prysznic, zlew, toaleta oraz półki z szerokim wyborem kosmetyków do mycia.
Nie mogłam nic powiedzieć, tylko odwróciłam się do Justina.
Patrzyłam na niego.
Obserwowałam go, gdy bawił się swoją koszulką.
Boże, jak on się pięknie bawi koszulkami! On wszystko robi pięknie.
- A co jest za tamtymi drzwiami?
Chłopak oderwał wzrok od koszulki i skierował go na mnie. Uśmiechnął się.
- Mój pokój.
Gardło zaczęło mnie boleć. Przez Justina. Był taki cudowny.
- Coś czuję, że często będę otwierać te drzwi. – Powiedziałam i zaczęłam się zastanawiać nad sensem moich słów.
- Mam nadzieję- odpowiedział. I się uśmiechnął.


Rozdział 2

Spróbowałam otworzyć oczy. Nie potrafiłam. Słyszałam jakieś szmery, ale były zbyt ciche, by je usłyszeć. Słyszałam nieregularne odgłosy pikania.  Ludzie rozmawiali coraz głośniej. Wychwyciłam pojedyncze słowa, takie jak „Nie”, „Jutro” i „wychodzę”. 
- Hej.- usłyszałam nade mną głos
Otworzyłam oczy.
Na początku była tylko jasność, ale potem zauważyłam kontury twarzy. Z upływem czasu zaczęłam rozpoznawać kolory. Minęła minuta, odkąd mogłam widzieć prawie normalnie.
- Gdzie jest Emil? –spytałam, a samo wydawanie dźwięku zadawało ból
Już widziałam całkiem normalnie. Chłopak miał piękne brązowe oczy  i włosy.
- Kto to Emil? – spytał, a ja poczułam zapach mięty
- Mój młodszy brat- wyszeptałam
- Jeśli mówisz o tym małym chłopcu, to jest bezpieczny. Nic mu się nie stało.
- Co mi się stało?
- Nie wiem –powiedział chłopak i spojrzał na urządzenie, które chyba służyło do mierzenia bicia serca. – Zawołam pielęgniarkę.
Wydałam z siebie ciche jęknięcie, a chłopak to chyba usłyszał.
- Coś cię boli? – spytał się mnie ze współczuciem w głosie. Samym mówieniem, działał tak, że serce mi przyśpieszyło rytm. Był taki słodki.
- Nie odchodź.- powiedziałam. Nie wiem co mi strzeliło do głowy, żeby tak powiedzieć. Wydawał się mnie rozumieć, znać moją historię.
- Dobrze, nie odejdę. –uśmiechnął się, a pikanie znowu przyśpieszyło. – Ale zawołam pielęgniarkę. A ty idź  spać, bo jesteś w naprawdę złym stanie. 
Momentalnie zamknęłam oczy i usnęłam. Przed zaśnięciem usłyszałam cichy śmiech tajemniczego chłopaka.
Obudziłam się nie w szpitalnym łóżku. Było miękkie i wygodne. Leżąc na brzuchu nie otwierałam oczu i pogładziłam lewą ręką pościel. Nagle natknęłam się na jakiś ciepły obiekt. Wrzasnęłam. Otworzyłam oczy i zobaczyłam ciało mamy, które przyłożyło mi palec do ust. Nie mogłam się ruszać.
Zaraz. Zmarłe ciała nie mogą dotykać siedemnastolatek.
Mrugnęłam i zobaczyłam ów chłopaka. Otworzyłam usta, by zadać pytanie, lecz on odpowiedział na inne. Położyłam się. On też.
- Zabrałem cię ze szpitala,  okazało się, że jesteś tylko w szoku pourazowym. Już mogę cię zawieść do domu. A Emil jest bezpieczny.
- Ale… - zająkałam
Chłopak się na mnie spojrzał z zainteresowaniem i zadałam nie to pytanie, które chciałam zadać. Usiadłam na łóżku i o dziwo nie zabolało.
- Kim jesteś?
Uśmiechnął się, jak anioł.
- Naprawdę nie wiesz? – uśmiechnął się jeszcze szerzej
- A powinnam widzieć? – spojrzałam na jego leżące ciało, próbując nie zwracać uwagi na jego umięśnioną klatę. Spojrzałam mu prosto w oczy. Miałam ochotę go dotknąć. Zacisnęłam zęby.
- Jestem Justin, możesz na mnie mówić Biebs jak menadżer.
- Jak to menadżer?
- Widzisz, [T.i], ja nie jestem jak inni. Znaczy…Jestem ,ale prawie wszyscy mnie znają. Jestem piosenkarzem.
Nagle mnie olśniło.
-To ciebie widziałam w galerii!- Wykrzyknęłam, głośniej niż powinnam. Zarumieniłam się.
- Bardzo możliwe. To mam cię zawieść do domu?
Próbowałam się uśmiechnąć, lecz mi to nie wyszło.
- Widzisz…Justin, ja…  - wybuchłam płaczem.
- Ciiiii- dotknął moich rozczochranych i zniszczonych włosów i zebrał je za tył mojej głowy. – Opowiedz mi, o co chodzi? – spojrzał mi się tak głęboko w oczy, że nie mogłam ulec jego spojrzeniu i go pocałowałam. Momentalnie się oderwałam od niego ,a on, zakłopotany podrapał się po plecach. Podeszłam do okna i się z niego wychyliłam. Zauważyłam, że budynek w którym jesteśmy jest ogromny. Przerażająco wielki.
Odwróciłam się do niego i zauważyłam, że Justin patrzy się na mnie. 
Podeszłam do niego.
Krok po kroku. Jakbym zdawała test. Ostrożnie.
Usiadłam na łóżku i zaczęłam opowiadać o mnie, o tym, że nie mam już domu, że uciekłam z niego razem z Emilem w zimę, że moja mama nie żyje. Powiedziałam nawet, że mój ojciec ją zabił. Ufałam Justinowi, jak nikomu. Bo niby komu miałam ufać? Mieszkając na ulicy, nie można nic powiedzieć do zamożnych ludzi. Oni nas nie rozumieli, oni już to wszystko mieli. Nie musieli kraść, by mieć jedzenie. Pewnie uważaliby mnie za brudnego złodzieja. W sumie nim byłam…
- [T.i], ale kochana, możesz tu zamieszkać, mogę ci kupić dom, jedzenie, wszystko co potrzebne. Co tylko chcesz.
- Ale ja nie chcę niczego.
- Jak to nie chcesz? – Justin nieco przekrzywił głowę, przez co wyglądał bardzo seksownie.
- Przepraszam, że cię pocałowałam. –odwróciłam wzrok.  Przez moment wydawało mi się, że się wścieknie, że mnie uderzy, jak to zawsze robił mój ojciec. Ale on mnie tylko przytulił i wyszeptał do ucha zdanie. Zdanie, którego nigdy nie usłyszałam, a jednak wiedziałam co ono oznacza.
Powiedział „Zależy mi na tobie.”



Rozdział 1

Weszłam do galerii. Starałam się wyglądać jak zwykły człowiek, a nie jak córka mordercy, która uciekła z domu razem z młodszym bratem. Przeglądałam się w szybie, lekko poprawiłam włosy ,wzięłam trzyletniego Emila na ręce i weszłam  do toalety damskiej. Zamknęłam za mną drzwi na klucz i spojrzałam w lustro. Emila postawiłam na ziemi. Wybuchłam nagłym  płaczem, czułam jak Emil się przytulał do mojej nogi.
Nie powiedział niczego. Nigdy nic nie mówił. Może przez ojca, który zawsze go bił? Nie wiem.
„[T.i], weź się w garść. Nie możesz płakać, mogą cię usłyszeć, nie mogą się dowiedzieć, że tam jesteś.”
Nigdy nie mogłam zwracać na siebie uwagi. Po części przez ojca, który zabił własną żonę i pochował ją w piwnicy na własnych oczach. Co gorsza, nie był pijany. Twierdził, że po prostu to zrobił przez przypadek. Lecz jak można kogoś podpalić przez przypadek? Znowu mi przeszedł flashback z dzieciństwa przez głowę. Nie, nie byłam nawet w stanie o tym myśleć.
Przestałam płakać, wsadziłam brata do zlewu i zdjęłam mu ubrania. Umyłam go, zwracając uwagę na to, by nie zamydlić kolana, z którego sączyła się ropa. Zerwałam  kolejny kawałek materiału z sukienki i przywiązałam go do kolana Emila.
Spojrzał się na mnie, jego niebieskimi oczami, które ja też mam, jakby prosił mnie o pomoc.
„Niestety nic na to nie poradzę.”-powiedziałam. Zeskoczył ze zlewu, ja wolałam na siebie nie patrzeć więc od razu wyszliśmy. Nikogo tu nie było.
Dziwne. Gdy wchodziłam, były tu tłumy. Teraz nie było tutaj, w całej ogromnej hali, ani jednej żywej duszy, oprócz mnie i Emila.
Powoli wychodziliśmy na zewnątrz, gdy nagle zauważyłam bandę dziewczyn rzucających się na jakiegoś chłopaka. Skądś go kojarzyłam. Może z posterów na ulicach?
Wokół niego stało z pięciu ochroniarzy. Miał na sobie okulary przeciwsłoneczne, białą koszulkę z jakimś napisem oraz czarne spodnie. Stał jakieś dziesięć metrów ode mnie.

Biegł. Minęliśmy się. Upadłam. Dziewczyny po mnie biegły. Emil gdzieś zginął. Nie mogłam się ruszyć. Wszystko zrobiło się czarne. Jedyne co słyszałam, to krzyk umierającej matki.